wtorek, 7 października 2014

Dziewice, do boju! - Monika Szwaja

Źródło zdjęcia

Ciąg dalszy perypetii czterech przyjaciółek. A może już tylko trzech? Nie, uznajmy jednak, że Marcelina miała mały kryzys, ale dalej należała do Klubu Mało Używanych Dziewic. 
Czego dowiadujemy się w drugiej części tej trylogii? 
Trochę rzeczy się zmienia i mają one wpływ na życie naszych bohaterek. Niektóre sytuacje są lepsze, inne trochę gorsze, ale każda z nich daje nową siłę i motywację do działania. A już na pewno poczucie, że nie jest się samym w życiu i zawsze można liczyć na pomoc drugiego człowieka.
W tej części odrobinę poszerzamy horyzonty. Akcja nie dzieje się tylko i wyłącznie w Szczecinie. Tym razem wybierzemy się i do Stolca, i do Krakowa, nawet do Irlandii, a w małym epizodzie nawet do Kalisza. Było ciekawie, można nawet powiedzieć, że pouczająco. Dlaczego?






Tym razem nie skupiam się tak bardzo na fabule. Dochodzę do wniosku, że jeśli ktoś bardzo będzie chciał poznać tę książkę, to i tak po nią sięgnie niezależnie od tego, co ja tu napiszę i czy nakreślę bardziej szczegółowo wydarzenia, czy też nie. To tak gwoli wyjaśnienia;)

Dlaczego stwierdziłam, że momentami była to lektura pouczająca? Z prostego powodu. Pomijając to, co pisałam już przy pierwszej części, czyli pewnego rodzaju słodkość bohaterów oraz ich przewidywalność, to zostało pokazane, w jaki sposób można najlepiej wykorzystać nawet takie chwile, które początkowo sprawiają, że cały świat wali się nam na głowę. Z drugiej strony - jak łatwo chwile, które pozornie nie mają większego znaczenia wpływają na nasze dalsze decyzje i życie w ogóle. 
Nie jest łatwo pisać tak ogólnikowo, ale nie chcę zagłębiać się w szczegóły:) Mimo to spróbuję przybliżyć Wam jedną z opisanych sytuacji. Jedna z bohaterek ma w miarę ustabilizowane życie, stałą pracę, perspektywy na dalszy rozwój zawodowy. Trochę gorzej z życiem uczuciowym, ale o tym stara się nie myśleć zbyt często. Ma przyjaciółki w swoim wieku, jedną nawet bardziej wiekową;) I wszystko jest w porządku do momentu, gdy pracodawcy w bardzo kulturalny sposób skłaniają ją do złożenia wypowiedzenia w pracy. Musi zostawić ludzi, z którymi pracowała, z którymi bardzo się zżyła i nie byli oni dla niej bez znaczenia. Musiała porzucić coś, co praktycznie stworzyła od podstaw. Była w szoku. W sumie, kto by nie był? Ale po pierwszych chwilach, można tak chyba powiedzieć, załamania wzięła sprawy w swoje ręce i przy pomocy przyjaciół robiła wszystko, aby odbić się od dna i dążyć do spełnienia marzenia, które już od dawna kołatało się jej po głowie, ale nie miała warunków, by je zrealizować.

Co chcę przez to powiedzieć? Że naprawdę nie wolno się poddawać. Nawet wtedy, gdy nasze ułożone życie nagle zupełnie się rozsypuje i nagle musimy zaczynać od zera. 
Nie jest to łatwe. Ale czy ktoś powiedział, że nasze życie ma być tylko miłe, lekkie i przyjemne?;)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz