środa, 6 marca 2013

Ostatnie dni Emmy Blank

A oto zapowiadany wcześniej post o filmie, który zapadł mi głęboko w pamięć, zaskoczył i jednocześnie zdenerwował.

Film 7 aktorów.
Emma Blank. Kobieta chora. Na pierwszy rzut oka żyjąca na wysokim poziomie. Posiada służbę, która spełnia każdą jej zachciankę. Ma córkę/służącą. Posiada też psa/brata. Jest chora. W zasadzie czeka na śmierć, a razem z nią reszta domowników, którzy (bądźmy szczerzy) spodziewają się pokaźnych zapisów w testamencie. Emma Blank to osoba, która pragnie, żeby ktoś się nią interesował, żeby była w centrum uwagi wszystkich dokoła. Osiąga to poprzez terroryzowanie tych ludzi.

I pytanie: co dalej?

A no to, że nadchodzi moment, w którym służba mówi: dość.
Ich życie jest uzależnione od humorów pani domu, od jej samopoczucia, od jej zachcianek, od jej życia. A oni już tego nie wytrzymują psychicznie, a także fizycznie. Przestają zwracać na nią uwagę. Przyszywają do podłogi (dosłownie!). Staje się dla nich niewidoczna.

Emma Blank umiera.

Na plaży jest układany martwy człowiek w taki sposób, żeby każdy myślał, że spędza dzień na plaży i po prostu zasnął podczas opalania się.

Człowiek udaje psa.

Człowiek jest jednocześnie kochankiem, ojcem, lokajem/służącym, który dla swojej pani przykleja sztuczne wąsy i pozwala jej wybrać ich odpowiedni kształt.




Brzmi to bardzo chaotycznie. Dlatego tak zwlekałam z publikowaniem tego posta, a raczej tej części:) Nie potrafię inaczej tego filmu opisać.
Oczywiście - wiele faktów pominęłam, bo nie chciałam opisywać całego filmu szczegółowo. A nuż ktoś będzie chciał obejrzeć, a ja tu odebrałabym całą przyjemność opisując całą fabułę. Tak być nie może:) Sama trafiłam na niego zupełnym przypadkiem.
Jak napisałam w pierwszych słowach - film zapadł mi głęboko w pamięć i naprawdę zaskoczył. Tego chyba nie trzeba tłumaczyć.
A dlaczego mnie zdenerwował?
Bo sobie uświadomiłam, że tacy ludzie naprawdę mogą istnieć. I nie mam tu na myśli samej Emmy Blank, ale wszystkich bohaterów. Bo takie rzeczy dzieją się naprawdę. I jest jeszcze jedno źródło zdenerwowania, ale nawet sama nie mogę go jakoś racjonalnie opisać. Może to bardziej irytacja? Nie wiem. To jakieś takie niezdefiniowane uczucie, które pozostało po obejrzeniu tego filmu, a oglądałam go...ponad miesiąc temu?:)

Może jeszcze kiedyś do tego wrócę i będę umiała lepiej wyjaśnić. Na razie nie potrafię, ale bardzo chciałabym polecić ten film. Warto:)

;*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz