niedziela, 29 grudnia 2013

Przeczytane w Miesiącu - Grudzień

Zgodnie z zapowiedzią, która być może nie była bardzo widoczna, rozpoczynam cykl postów. 
Pod koniec każdego miesiąca będzie miało miejsce podsumowanie - ile książek przeczytałam, jakie i jaka jest moja opinia na ich temat. Na pewno będzie się zdarzało, że w osobnym poście opiszę, skomentuję jakąś książkę -  i tak będzie umieszczona w comiesięcznym zestawieniu. Czy bardzo będę się skupiać na wydarzeniach opisywanych w książkach? Nie wiem. Się zobaczy. A reszta wyjdzie w praniu;)

Co na początek?

Hmmm...
W grudniu przeczytałam 6 książek, z czego jedna była raczej przyjemnym powrotem do znanych postaci i fabuły - czyli ją już kiedyś czytałam;) Pozostałe były dla mnie nowościami i czytałam je z wrodzoną sobie ciekawością, co głównie prowadzi do wyłączenia się totalnego - można do mnie mówić, a ja i tak nie zareaguję, bo jestem tak pochłonięta książką. Mąż to potwierdza:D (zwykle to on do mnie coś mówi, a ja nie odpowiadam:p )

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Święta


Z okazji Bożego Narodzenia wszystkim i każdemu z osobna życzę wszystkiego, co najlepsze. Cudownych chwil z rodziną, gadających zwierząt, zdrowia przez cały najbliższy rok i resztę życia. Samych radosnych momentów, które będziecie wspominać za kilka lat. Wesołych Świąt!

;*

wtorek, 17 grudnia 2013

Igrzyska śmierci

Wiem, wiem. Dla niektórych to jest jakaś porażka, kicz totalny itd.
A mnie się podobało!

Jakiś czas temu obejrzałam pierwszą część, a gdy nadszedł czas premiery drugiej części, doszłam do wniosku, że chcę to zobaczyć w kinie.
Tak się złożyło, że w Multikinie był maraton - obie części, jedna po drugiej.
Poszliśmy.


wtorek, 3 grudnia 2013

Zdobycze

Tak, tak.
Od zakończenia promocji w Rossmannie minęło już kilka dni. Od dnia zakupów minął tydzień. Ale w końcu się chwalę moimi zakupami, po raz pierwszy chyba dokonywanymi za pomocą głowy i rozsądku, a nie zakupowego szaleństwa..:D

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Poduszki

Tytuł nie jest jednoznaczny.
A znowu chodzi o jedzenie. Dokładniej o pyszne drożdżowe bułeczki ze słonawą zawartością. Dziecinne proste, pyszne i zapadające w pamięć.
I znowu jest to wynik wspólnego gotowania z Mężem:D

Tym razem nie podam źródła przepisu, ponieważ znam go od Mamy swojego Męża..;)

Czytajcie, patrzcie, róbcie i jedzcie!

piątek, 29 listopada 2013

Naleśniki czekoladowe z bitą śmietaną i brzoskwiniami

Pychota!!!
To pierwsze słowo, jakie przychodzi mi na myśl, gdy myślę o takich naleśnikach..:)
Słodko-gorzkie, z owocowym akcentem..żyć nie umierać..

Krótko mówiąc - wynikiem małżeńskiego gotowania obiadu na słodko były naleśniki czekoladowe z bitą śmietaną i brzoskwiniami...niebo w gębie..:D

Przepis pochodzi STĄD i polecamy go każdemu. Zmieniliśmy tylko banany na rzecz brzoskwiń, ze względu na brak uwielbienia ze strony Męża do tych pierwszych..;)

Składniki na ciasto (już podwojone przez nas):
 - szklanka mąki,
 - 2 łyżki kakao,
 - szklanka mleka,
 - 2 jajka,
 - 2 łyżki oleju.

A oprócz tego:
 - 250 ml śmietany kremówki,
 - łyżeczka cukru pudru,
 - brzoskwinie (my mieliśmy domowej roboty).

I jak to z naleśnikami. Składniki na ciasto trzeba dokładnie wymieszać, aby nie było grudek, a następnie usmażyć na dobrze rozgrzanej patelni. Śmietanę należy ubić z cukrem pudrem na sztywno. Na upieczonego naleśnika nałożyć porcję bitej śmietany, brzoskwinię, a następnie złożyć lub zwinąć. Tak jak zostało zaznaczone w oryginalnym przepisie - naleśniki wyszły dosyć gorzkie, ale w połączeniu z bitą śmietaną są idealne. Dla dodatkowego osłodzenia posypaliśmy naleśniki cukrem pudrem.

Smacznego!:)


;*

piątek, 22 listopada 2013

Satysfakcja

Tak się składa, że moja przyszła praca najprawdopodobniej będzie związana z dziećmi. Już niedługo (kilka miesięcy) zdobędę szanowny tytuł mgr w tym zakresie.
Oczywistym etapem do zaliczenia są praktyki, badania etc.
Jestem w trakcie tego i tego.

Spotkałam się już z opiniami, że zawód nauczyciela jest beznadziejny, banalny, nudny, że jest to pójście na łatwiznę, wygodny itp.

Zawsze uważałam, że są to opinie ludzi, którzy nie mają o tym zielonego pojęcia, ewentualnie po prostu nie lubią dzieci, co przecież się zdarza.

Mam świadomość, że w żadnym innym zawodzie nie poczułabym takiej satysfakcji, jak choćby kilka dni temu.
Zajęcia plastyczne w jednej z klas początkowych szkoły podstawowej.
Uczniowie, którzy tak naprawdę takich zajęć mają mało i raczej są one monotematyczne (czyt. kredki ołówkowe, ewentualnie farby), więc ich zapał i zaciekawienie takimi sprawami są dość niskie.
Zwykła plastelina . Zwykły mit grecki.
I to wystarczyło, żeby dzieci poczuły się jak w niebie!
Naprawdę - takiego entuzjazmu nie widziałam chyba nigdy, a wiele zajęć już przeprowadziłam, mimo że jestem jakby nie było na studiach.
Efekt ich pracy - niesamowity. Mityczne stworzonka, wg ich wyobrażeń, dopracowane w najmniejszym szczególe, z dokładnym opisem, który tak naprawdę nie był nawet potrzebny, bo wszystko dokładnie widać.
I ten uśmiech. I podziękowania za lekcję.
Wiecie jaką wtedy poczułam satysfakcję?

Może dla kogoś jest to infantylne, trywialne i nie wiem jeszcze jakie.
Ale dla mnie to jest bardzo wartościowe. I ważne.

Jednym słowem - praca z dziećmi nie może być nudna.

;*

wtorek, 12 listopada 2013

Włosy

Od kilku lat wypadają mi włosy. Ponieważ ze zdrowiem wszystko w porządku (regularne badania), wiążę ten fakt z tym, że wszystko zaczęło się od momentu, kiedy na czas studiów mieszkałam w mieście, inna woda w kranie, trochę więcej stresów - na efekty nie trzeba było długo czekać. Sytuacja się odrobinę uspokoiła, gdy przez jeden rok dojeżdżałam na uczelnię, ale choć woda inna, to stresy zostały. Dobiłam je trochę farbowaniem - przez pół roku byłam ruda jak wiewiórka...
W zeszłym roku za radą koleżanek Wizażanek wdepnęłam na bloga Anwen.
Skończyło się to tym, że moja wiedza na temat włosów i ich pielęgnacji podskoczyła co najmniej o kilka oczek w górę, a sam stan włosów również się poprawił;)
Nie da się ukryć, że dodatkową motywacją był ślub i wizja pięknych włosów na taką okazję;)

Dzięki temu był dość długi okres czasu, kiedy zajmowałam się moimi włosami intensywnie, co wyszło im tylko na dobre.
Zmniejszyła się ilość tych, z którymi musiałam się pożegnać. Te, które postanowiły ze mną zostać zrobiły się gładkie, lśniące i takie jakby mocniejsze! Naprawdę było widać różnicę i nie tylko ja to zauważyłam:)

Ale cóż..im bliżej ślubu, tym mniej miałam czasu. Po ślubie było tylko gorzej, bo motywacja spadła mi do zera, chociaż powinna wzrosnąć, ponieważ wróciłam do krakowskiej wody, więc włosy od razu podniosły bunt.

Jednak nadszedł czas, aby wrócić do włosowych przyzwyczajeń i znowu dbać o nie z należytą uwagą!!!

Niniejszym obiecuję, że wracam do pielęgnacji włosów! Do czego i Was namawiam:)

A czego będę używać?
- napar z kozieradki,
- oleje (sesa oraz kokosowy Vatiki),
- szampon Biovax do włosów wypadających,
- szampon na bazie serwatki mlecznej z ekstraktem z pokrzywy,
- szampon Yves Rocher z wyciągiem z białego łubinu,
- maska Biovax intensywnie regenerująca,
- serum wzmacniające Biovax A+E,
- odżywka Yves Rocher odbudowująca z olejkiem z jojoba.

Oczywiście nie wszystko jednocześnie. Niektóre z tych rzeczy już znam od jakiegoś czasu, inne są dla mnie zupełną nowością. Ale jak to zawsze bywa - na efekty trzeba będzie cierpliwie poczekać;)



;*

piątek, 8 listopada 2013

Czekoladowe szaleństwo

Jesienne wieczory, deszcz i wiatr, więc trzeba się jakoś pocieszyć.
U mnie formą pocieszenia jest jedzenie:D
Dlatego naszła mnie chęć na upieczenie muffinek - słodkich, czekoladowych. Jednym słowem - pysznych!

Ponieważ miałam ochotę na jakiś nowy przepis, poszukałam i oczywiście znalazłam:D




Gdzie znalazłam przepis? TUTAJ :)

Składniki:
150 g masła
150 g czekolady (może być gorzka, mleczna lub biała; użyłam mlecznej)
300 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
2 łyżki kakao
1 łyżka kawy zbożowej lub kakao (użyłam kawy zbożowej)
1 szklanka cukru (190 g)
1 łyżka cukru wanilinowego lub 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii (użyłam cukru wanilinowego)
2 duże jajka
170 ml mleka

Masło roztopić i ostudzić. Czekoladę pokruszyć na jak drobniejsze kawałeczki.  Mąkę przesiać do miski razem z proszkiem do pieczenia, sodą, kakao i kawą zbożową. Ponownie przesiać i dodać cukier oraz cukier wanilinowy.
W osobnej misce jajka rozbełtać z mlekiem i dodać ekstrakt z wanilii (jeśli wcześniej nie dodano cukru wanilinowego).
Dodać mokre składniki do suchych i delikatnie wymieszać. Następnie dodać roztopione masło, a po chwili pokruszoną czekoladę. Wymieszać.
Formę do pieczenia muffinek wyłożyć papilotkami. Napełnić papilotki masą czekoladową do 3/4 ich wysokości. Piec przez ok. 25 minut w 190 stopniach.

SMACZNEGO:)

;*

A oprócz tego zgodnie z zasadami konkursu zamieszczam link do niego:

;)

czwartek, 31 października 2013

Zmiany na koniec miesiąca + trochę wspomnień

Ha!
Udaje mi się zaglądać tu częściej niż kiedyś, więc ośmielam się stwierdzić, iż jest postęp:D

Stwierdziłam, że może nowszy wygląd i troszkę inna nazwa przyda się nowemu nastawieniu i tym sposobem dowiecie się, co tam w mojej głowie hula;)

A co to obecnie jest?
A no wspomnienia.
Konkretnie dotyczące podróży poślubnej, spędzonej w gorrrącej Hiszpanii.
Był wtedy już prawie koniec sezonu, o wiele mniej ludzi niż jeszcze miesiąc wcześnie, a pogoda piękna - codziennie ok 30 stopni, czyli w sam raz:)

A jak wygląda sama Hiszpania?
Inaczej. Pięknie. Intrygująco. Zaskakująco. Niekiedy tajemniczo, a niekiedy nawet znajomo.

Wiem jedno - chciałabym tam pojechać jeszcze raz!
Ale na razie pozostaje mi oglądanie zdjęć i wspominanie:)


;*

wtorek, 29 października 2013

Ciąg dalszy "Nędzników"

Kiedyś pisałam o musicalu "Nędznicy", nakręconego na podstawie powieści Victora Hugo. Wkrótce po obejrzeniu filmu przeczytałam również książki i muszę przyznać, że bardzo mi się podobały - pokazywały klimat Paryża z tamtych lat i wszelkich związanych z nimi wydarzeń.

Na początku tego miesiąca byłam na zakupach w znanym wszystkim supermarkecie. Było tam stoisko z książkami, więc nie mogłam się oprzeć i musiałam przeglądnąć ich propozycje.
I nagle szok - kontynuacja "Nędzników"!
Nie miałam pojęcia, że w ogóle coś takiego powstało. I to dwie części! Nie mogłam się powstrzymać i obie książki zaraz znalazły się w koszyku:p

Autorem książek jest Francois Ceresa. Postanowił on napisać kontynuację głośnej powieści Victora Hugo, chociaż nie było to takie proste - na drodze stawał mu praprawnuk autora słynnej powieści, który podał sprawę do sądu, lecz przegrał. Tym sposobem książki powstały w 2001 roku, natomiast na język polski przetłumaczono je w 2003 oraz 2006 roku.

Pierwsza część nosi tytuł: "Kozeta. Czas złudzeń", a druga zatytułowana została "Ucieczka Mariusza". Nie oznacza to, że książki są podzielona i jedna jest skupiona tylko na osobie Kozety, a druga na Mariuszu.
Część pierwsza opowiada o tym, jak Kozeta i Mariusz są małżeństwem, jak Mariusz bardzo się zmienił. Kozeta już nie była dla niego tak ważna jak wcześniej. Ważniejsi byli koledzy, dobra zabawa, a niekiedy nawet Klemencja, czyi jego kochanka. Jest na tyle egoistyczny, że nawet nie dowiaduje się, że zostanie ojcem, ponieważ skutkiem spisku zostaje zesłany na galery pod innym nazwiskiem, natomiast w Paryżu uznawany jest za zmarłego.
W części drugiej możemy się dowiedzieć jak Mariusz uciekł z galer i stał się kapitanem Smithem, a także co było powodem tego, że Kozetę rozdzielono z synkiem, a ją samą przetrzymywano przez 8 miesięcy.

Na kartach tych książek oprócz Kozety i Mariusza spotkamy także inspektora Javerta (tak, żyje:p) oraz przebiegłego Thenardiera.

Wrażenia po przeczytaniu tej książki?
Na pewno inna niż ta, która wyszła spod ręki pana Hugo. Ceres starał się pisać w stylu Mistrza, ale nie zawsze mu się udawało. Książki oczywiście są ciekawe, ale czegoś im brakuje w porównaniu do oryginału.

Niemniej polecam je wszystkim, którzy sięgnęli kiedyś po "Nędzników", a także tym, którzy nie mieli z nimi żadnego kontaktu. Może akurat te książki skuszą ich do zapoznania się z tą fascynującą powieścią.


;*

piątek, 25 października 2013

700

Wyświetleń jest już 700!
Niby mało, bo przecież pierwszy post pojawił się w lutym, a jakby nie było jest prawie koniec października..ale nie zmienia to faktu, że ktoś tu jednak zagląda:)
I jest to miłe:)
Postaram się pisać częściej, bardziej sensownie i bardziej na temat.
Co w moim przypadku chyba nie jest takie proste jak się może wydawać, bo zwykle piszę to, na co mam ochotę:p

Najczęściej poruszanym tematem w najbliższym czasie chyba będą jednak kulinaria i książki. W sumie jest szansa, że problematyka tematów trochę się wyklaruje;)

;*

czwartek, 19 września 2013

Po

Kto by pomyślał, że tak dużo czasu minie tak szybko..!
A wydaje mi się, że dopiero wczoraj był ślub, wesele, podróż poślubna...
Strasznie szybko to zleciało..:)
Rada dla wszystkich Panien Młodych (jeśli takowe tu zaglądają:p) - cieszcie się każdą chwilą przygotowań, ślubu i wesela! Zanim się obejrzycie będzie już po wszystkim i zostaną wspomnienia oraz pamiątki..:)

A na zdjęcia jeszcze czekamy i już przebieram nogami, żeby je zobaczyć:D

Pisała do Was - Pani Żona:D
;*

środa, 21 sierpnia 2013

Wielkie kroki

Najważniejszy Dzień Mojego Życia zbliża się wielkimi krokami.
Zostało dosłownie kilka dni, a do mnie jeszcze nie dociera, że będę mężatką. Naprawdę trudno w to uwierzyć.
Tyle czekania, przygotowań, a jak już jest tak blisko, to wydaje mi się, że jest dalej niż na przykład rok temu. No, ale cóż..taki mój charakter;)
Narzeczony twierdzi, że on nie ma tego problemu. Dotarło do niego już w zeszłym tygodniu, że Ten Dzień już prawie jest.
Kiedy ja to poczuję? Pewnie jak będę wchodzić do kościoła;)

Zostało kilka rzeczy do ogarnięcia, ale takich mniejszych. Na pewno ze wszystkim zdążymy:)
W zasadzie została kwestia kwiatów. Piątek - kierunek giełda kwiatowa i zakupienie odpowiedniej ilości słoneczników i margerytek...

Już nie mogę się doczekać:)

;*


piątek, 2 sierpnia 2013

Murzynek

Murzynek Bambo w Afryce mieszka, czarną ma skórę ten nasz koleżka....i tak dalej..:)
To moje pierwsze skojarzenie z nazwą ciasta, które ostatnio piekłam.

Właśnie murzynek jest ulubionym ciastem mojego Taty:) Właśnie murzynek jest pierwszym upieczonym przeze mnie ciastem:)
I właśnie dlatego przepis na niego pojawił się tutaj.

Przepis pochodzi z...zeszytu z przepisami mojej Mamy:)
Ciasto jest naprawdę proste, smaczne i aromatyczne, a Tata twierdzi, że najlepsze jest wtedy, gdy robię je ja...:D

Serdecznie zachęcam Was do upieczenia tego ciasta.
A może znacie inne wersje murzynka?:)


Składniki:
1 szklanka wody
2 szklanki cukru
1,5 kostki margaryny
6 łyżek kakao (używam DecoMorreno)
6 jajek
2 szklanki mąki
1 proszek do pieczenia
100 g rodzynek sułtańskich
orzechy włoskie (nie umiem powiedzieć ile - najlepiej, żeby po posiekaniu na mniejsze kawałki była taka naprawdę spora garść)
kokos do posypania

Margarynę, cukier rozpuścić razem z kakaem oraz pół szklanki wody. Zagotować. Odlać 1 szklankę. Pozostałą masę ostudzić, a następnie dodawać żółtka, mąkę zmieszaną z proszkiem do pieczenia, pół szklanki wody oraz pianę ubitą z białek. Ucierać tak, aby powstała gładka masa. Na koniec wsypać sparzone wcześniej rodzynki oraz posiekane orzechy. Piec 45 minut w 180 stopniach.
Po wystudzeniu odlaną wcześniej masą polać ciasto i posypać kokosem - ilość zależy od upodobań.
Smacznego!:)


wtorek, 23 lipca 2013

Latem o zimie, zimą o lecie

Lato.
Słońce.
Ciepło.
Wakacje.
Lipiec.
Upał.
Zieleń drzew.
Komary:p


Takie pierwsze skojarzenia z aktualną porą roku.

Śnieg? Wiem, że będzie za mniej więcej 5-6 miesięcy.
Ale jak on wygląda? Jaki jest w dotyku? Przyjemny? Miły? Gładki? Szorstki?
Nie wiem. Nie potrafię sobie przypomnieć, choć nie tak dawno leżał jeszcze na ziemi. Jestem ciekawa jego dotyku, temperatury, faktury.
Ale muszę poczekać.

Jak to jest, że w czasie lata myślę o zimie, a podczas zimy marzę o lecie?
Dobór słów trafny.
Zdecydowanie bardziej preferuję wyższe temperatury i słonko. Dlatego w zimie dosłownie marzę, żeby już słupek rtęci podskoczył chociaż do tych 20 stopni.
A teraz zaledwie myślę o zimie.
Jaka będzie w tym roku?
Oby krótsza niż ostatnia:)

Ojej.

Czas strasznie szybko płynie.
Myślałam, że jak już skończy się sesja jedna i druga, to będzie jakoś tak spokojniej i będzie w końcu parę chwil wytchnienia, załatwianie ślubnych spraw bez pośpiechu.
A tu psikus.
Okazało się, że tak, to się raczej nie da:p

Tutaj trzeba jechać, tam zadzwonić, to załatwić, tamto wymyślić...i tak w kółko.

I gdzie ten odpoczynek?:p
We wrześniu, w podróży poślubnej (jeśli pojedziemy od razu po ślubie):p

Mówi się trudno:)
I tak, jak tak sobie myślę o tym wszystkim, to każda odhaczona rzecz sprawia mi niesamowitą satysfakcję. Szczególnie, jeśli jest zrobiona przez nas, własnoręcznie. Tak było z zaproszeniami czy zawieszkami na alkohol, a konkretnie kokardkami, nad którymi siedziałam prawie tydzień (bez jednego dnia).
Ale jak to cieszy!!!!
Nie spodziewałam się nawet, że goście potwierdzający swoją obecność na ślubie i weselu sprawiają taką radość!
A goście odmawiający taki smutek...

Zostało coraz mnie czasu, a ja non stop o tym myślę.
O czym będę myśleć, jak już będzie PO?:p

;*

piątek, 14 czerwca 2013

O czym?

Chciałam napisać posta już dawno. I w sumie cały czas.
Ale o czym?
Jaki jest sens pisać o czymś totalnie nieważnym?
Zerowy.
Dlatego nie pisałam. I dopóki nie znajdę czegoś fajnego do opisania, to nie napiszę.
No bo jak to tak pisać o czymś, co tak w zasadzie nie ma sensu.
Jak na przykład ten oto post:D
Dziękuję za uwagę:)

niedziela, 12 maja 2013

Dziewczęta z Szanghaju - Lisa See

W to niedzielne popołudnie chciałam polecić Wam jedną z książek, które ostatnio przeczytałam, a że mam zwyczaj czytać kilka jednocześnie czasami trudno wybrać coś naprawdę godnego polecenia.

Jednak dzisiaj skończyłam czytać książkę autorstwa Lisy See zatytułowaną "Dziewczęta z Szanghaju".

Książka ta czekała w kolejce kilka miesięcy. Kupił mi ją TŻ. Dostałam wtedy dwie książki, ale ta druga nie wzbudziła we mnie tyle emocji i zaciekawiania co "Dziewczęta...".

O tym, że ta książka w ogóle istnieje wiedziałam wcześniej. Gdzieś na półkach w księgarniach migała mi przed oczami okładka lub tytuł.
Nie przypuszczałam jednak, że jest ona aż tak DOBRA.
O jej jakości niech powie coś fakt, iż przeczytałam ją w dwa dni:)

Zaczynając ją bałam się, że będzie podobna do swojej "koleżanki" kupionej w tym samym dniu. Jednak po kilku stronach przestałam je porównywać. Został mi przedstawiony zupełnie inny świat.
Poznałam dwie siostry - Pearl oraz May. Chinki. Zarabiające na siebie pozowaniem dla artystów. Mieszkające z rodzicami, którym oddają pieniądze. Bogate. Zadowolone z życia. Jednak ich spokojny świat stopniowo się wali. Pierwszym tego czynnikiem jest ojciec, który popadł w długi. Chcąc ratować rodzinę aranżuje małżeństwa córek mimo wcześniejszych zapewnień, że pozwoli im wziąć ślub z miłości. Nakazuje córkom opuścić Chiny i przenieść się do Ameryki. Siostry zawierają związki małżeńskie z wybranymi przez ojca mężczyznami (chociaż trudno nazwać tak jednego z nich), lecz nie stawiają się w wyznaczonym dniu na statku. Drugim czynnikiem zawalenia się ich spokojnego do tej pory świata jest wojna z Japonią. Bomby, morderstwa, gwałty, ucieczka, bieda. Tak wygląda ich świat.
A potem podróż.

Reszty nie opowiem. I tak chyba napisałam za dużo, ale nie mogłam się powstrzymać;)

Czemu ta książka mnie tak poruszyła i zaciekawiła?
Bo na jej kartkach została zapisana historia. Nie Pearl i May, ponieważ to są postacie fikcyjne, ale ludzi, którzy mieszkając w Chinach chcieli polepszyć swój los i udać się do Ameryki. O ludziach, którzy po długiej podróży prowadzili życie gorsze niż w Chinach. Którzy cały czas żyli z obawą, że zostaną deportowani do Chin. Czytając czułam ich ból, strach, niepokój i niepewne jutro.

Muszę jednak przyznać, że po skończeniu czuję pewien niedosyt. Przypisuję to temu, że zakończenie było zaskakujące. Tak naprawdę przerywało historię w połowie, dlatego teraz będę polować na dalsze losy bohaterów, czyli "Marzenia Joy":)



czwartek, 2 maja 2013

Fioletowe maleństwa:)

Byliśmy, zobaczyliśmy, zrobiliśmy:)
Jak się okazało, to wcale nie było takie proste jak się może wydawać, ale mam nadzieję, że sprostaliśmy wyzwaniu. Na efekty musimy jeszcze trochę poczekać, ale trzeba ćwiczyć cierpliwość przecież;)

Na znakach było napisane, że idzie się 2 godziny. Nauczyłam się, że czasy przejścia szlaku, jakie można zobaczyć na napotykanych znakach niekoniecznie mówią prawdę, bo każdy człowiek ma przecież inne tempo:p Nam droga zajęła 1,5h tak samo w jedną, jak i w drugą stronę.
Pierwsza część trasy - miło i przyjemnie szło się po asfalcie.
Druga część trasy - miło i przyjemnie szło się po śniegu i lodzie:p
Osiągnięcie celu i widok zapierający dech w piersiach.
Wrócimy tam za rok:)



Marzenia się spełniają:)

wtorek, 23 kwietnia 2013

Brak czasu

Kwiecień jest miesiącem bardzo intensywnym.
Wiosna, uczelnia, przygotowania. Życie.
Prawdę mówiąc nawet nie myślałam jeszcze 2 miesiące temu, że kwiecień będzie się przedstawiał aż tak pracowicie:p
A chciałam dodać sprawdzony przeze mnie przepis z bloga Arabeski i jakoś tak samo mi umknęło.
Trzeba się poprawić jak tylko minie największy szał!

A tymczasem z utęsknieniem czekam na czwartek:)

czwartek, 11 kwietnia 2013

Pożegnanie...

Brzanka purpurowa (Barbus nigrofasciatus).

Piękne ubarwienie. Niespożyte pokłady energii jeśli chodzi o szaleństwa w akwarium. Wiecznie nienajedzone. Jednocześnie wrażliwa.

Bardzo popularna wśród hodowców.

Powinna mieć dużo roślinek, gdyż lubi wśród nich przebywać.

Sprawdzone przeze mnie towarzystwo dla niej: inne brzanki (różowe, sumatrzańskie), kiryski, barwniaki.

I dzisiaj rozstałam się z nią z wielkim żalem:(


środa, 27 marca 2013

Nagroda

Jakiś czas temu wygrałam w jednym z konkursów organizowanych przez Rossmann podkład.
Po prawie 2-tygodniowym oczekiwaniu na maila potwierdzającego wygraną oraz kilkudniowym oczekiwaniu na przesłanie nagrody do podanego przeze mnie Rossmanna dzisiaj poszłam, załatwiłam, odebrałam:)

Co to za podkład?
Maybelline Affinitone Mineral:)
Odcień Sand (30)

Jestem zadowolona bardzo, bo stary właśnie mam na wykończeniu, więc w sam raz się przyda.
Co mnie zaskoczyło?
Nie mogłam wybrać odcienia podkładu. Jaki był w paczce, taki musiałam wziąć. Nie było mowy o żadnej wymianie. Pierwsza myśl: Super nagroda, jak może się okazać, że nawet z niej nie skorzystam, bo może w ogóle do mnie nie pasować:/
Na szczęście odcień jest ok, więc mogę o tamtych myślach zapomnieć.
Ale tak na serio, to było trochę dziwne. Powinni chyba pytać o odcień jaki interesuje laureata (tak miałam w konkursie NIVEA - poprosili o napisanie maila, w którym miałam napisać swój rodzaj cery, żeby przysłali mi odpowiedni krem) albo dać możliwość wymiany, jeśli kolor nie jest dobry.
Trochę się zdziwiłam.
Ale na szczęście miałam szczęścia:) (super to wygląda:p)

Pozostaje testowanie:)




















 Tylko czemu te zdjęcia mi takie niewyraźne wyszły...:/

wtorek, 26 marca 2013

5 miesięcy

Post miał być w niedzielę, ale powaliło mnie przeziębienie...

A w niedzielę było 5 miesięcy do ślubu. Za 5 miesięcy o tej porze będę mężatką:)

I miałam dwie skrajne myśli.
1. O matko. Teraz można mówić, że już tylko ponad 4 miesiące, a tu jeszcze tyle rzeczy do załatwienia zostało.
2. To wciąż ponad 4 miesiące. Jeszcze masa czasu.

Hehehe:)

To wszystko wydaje mi się jeszcze trochę abstrakcyjne, ale mam świadomość, że zanim się obejrzę będzie lipiec, a potem już sierpień. Dopiero był rok do ślubu przecież...

Nie mogę się doczekać:)
Jestem bardzo ciekawa jak będzie wyglądało nasze życie małżeńskie. Nie mieszkamy ze sobą przed  ślubem, więc to będzie coś zupełni nowego. Bo jednak pomieszkiwanie ze sobą kilka razy po kilka razy, to nie to samo. To tylko przedsmak taki:D

No ale to się okaże za miesięcy 5.
A teraz trzeba będzie się zagłębić w przygotowaniach!:)

niedziela, 17 marca 2013

Puzzle:)

Ułożenie tych puzzli zajęło nam...pfff...ok 5 miesięcy.
Ktoś może pomyśleć: czemu tak długo?
Powód jest prosty. Brak czasu. A układaliśmy tylko we dwójkę (z TŻtem). Osobno jakoś nie było weny twórczej;)

Puzzle te mają 3000 elementów.
Na zdjęciu widać brak jednego, który się znalazł tydzień po skończeniu układania;)

Co przedstawiają?
Zamek Neuschwanstein (mam nadzieję, że nie pomyliłam się pisząc nazwę:)).
Piękny. Chciałabym go kiedyś zobaczyć na żywo.
Czego się o nim dowiedziałam?
Jest położony w Niemczech, a dokładnie w Bawarii, w Alpach Bawarsko-Tyrolskich.
Był pierwowzorem dla zamku w Disneylandzie:p
Wybudowany dla Ludwika II.
Jego polska nazwa: Nowy Łabędzi Kamień.

Ułożenie tego nie było proste. Ja osobiście cierpliwością nie grzeszę, więc często się irytowałam itd. TŻ był w swoim żywiole;) Mimo tych chwil zwątpienia dzielnie wytrwałam i naprawdę mnie to cieszyło. To jednak były chwile relaksu i wyciszenia. Nawet jeśli nie mogłam nic ułożyć, bo mi się kolory mieniły przed oczami:p
Co ciekawe - to był mój pomysł. Jak mnie czasami na coś weźmie, tak koniec.
I już się cieszę na nowe wyzwanie, czyli wieżę Eiffla. Tym razem 2000 elementów:)

A teraz czas się chwalić osiągnięciem:D



czwartek, 7 marca 2013

Najprawdziwsze szczęście

Bo jak to jest?

Żyję sobie. Studiuję. Mam cudowną, kochającą rodzinę. Wspaniałego Narzeczonego, a za mniej niż pół roku będę jego żoną (!). Niezastąpionych przyjaciół, na których zawsze mogę liczyć. Nawet na forum poznałam osoby, które uwielbiam za samo ich istnienie, chociaż ich nie znam (w tym miejscu buziaki dla Emilki:D).
Ogólnie - cud, miód i orzeszki.

Ale czemu w takim razie, pytam się czemu, nadchodzą nie raz i nie dwa chwile załamania, a wtedy jest mi smutno i źle? Czemu muszę się zdrowo kopnąć wtedy w moje zacne 4 litery (przenośnia taka...), żeby sobie przypomnieć o tym wszystkim, co jest wyżej napisane..?

A są to przecież niezbite dowody na to, że mam to szczęście.

I jest na to odpowiedź - a bo człowiek, to taka istotka niezrozumiała, że zawsze musi szukać dziury w całym i zawsze znajdzie powód do narzekania i płaczu. I zawsze dojdzie do wniosku, że inni w życiu mają zdecydowanie lepiej.

No na pewno.
A wystarczy dokładnie się rozejrzeć dookoła. I przede wszystkim zwrócić uwagę na to, że pozory mylą.

Ale komu by się chciało...


Post zainspirowany postem realnie (mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe;*)

środa, 6 marca 2013

Ostatnie dni Emmy Blank

A oto zapowiadany wcześniej post o filmie, który zapadł mi głęboko w pamięć, zaskoczył i jednocześnie zdenerwował.

Film 7 aktorów.
Emma Blank. Kobieta chora. Na pierwszy rzut oka żyjąca na wysokim poziomie. Posiada służbę, która spełnia każdą jej zachciankę. Ma córkę/służącą. Posiada też psa/brata. Jest chora. W zasadzie czeka na śmierć, a razem z nią reszta domowników, którzy (bądźmy szczerzy) spodziewają się pokaźnych zapisów w testamencie. Emma Blank to osoba, która pragnie, żeby ktoś się nią interesował, żeby była w centrum uwagi wszystkich dokoła. Osiąga to poprzez terroryzowanie tych ludzi.

I pytanie: co dalej?

A no to, że nadchodzi moment, w którym służba mówi: dość.
Ich życie jest uzależnione od humorów pani domu, od jej samopoczucia, od jej zachcianek, od jej życia. A oni już tego nie wytrzymują psychicznie, a także fizycznie. Przestają zwracać na nią uwagę. Przyszywają do podłogi (dosłownie!). Staje się dla nich niewidoczna.

Emma Blank umiera.

Na plaży jest układany martwy człowiek w taki sposób, żeby każdy myślał, że spędza dzień na plaży i po prostu zasnął podczas opalania się.

Człowiek udaje psa.

Człowiek jest jednocześnie kochankiem, ojcem, lokajem/służącym, który dla swojej pani przykleja sztuczne wąsy i pozwala jej wybrać ich odpowiedni kształt.




Brzmi to bardzo chaotycznie. Dlatego tak zwlekałam z publikowaniem tego posta, a raczej tej części:) Nie potrafię inaczej tego filmu opisać.
Oczywiście - wiele faktów pominęłam, bo nie chciałam opisywać całego filmu szczegółowo. A nuż ktoś będzie chciał obejrzeć, a ja tu odebrałabym całą przyjemność opisując całą fabułę. Tak być nie może:) Sama trafiłam na niego zupełnym przypadkiem.
Jak napisałam w pierwszych słowach - film zapadł mi głęboko w pamięć i naprawdę zaskoczył. Tego chyba nie trzeba tłumaczyć.
A dlaczego mnie zdenerwował?
Bo sobie uświadomiłam, że tacy ludzie naprawdę mogą istnieć. I nie mam tu na myśli samej Emmy Blank, ale wszystkich bohaterów. Bo takie rzeczy dzieją się naprawdę. I jest jeszcze jedno źródło zdenerwowania, ale nawet sama nie mogę go jakoś racjonalnie opisać. Może to bardziej irytacja? Nie wiem. To jakieś takie niezdefiniowane uczucie, które pozostało po obejrzeniu tego filmu, a oglądałam go...ponad miesiąc temu?:)

Może jeszcze kiedyś do tego wrócę i będę umiała lepiej wyjaśnić. Na razie nie potrafię, ale bardzo chciałabym polecić ten film. Warto:)

;*

niedziela, 24 lutego 2013

O zaskoczeniu tym razem...

W końcu blog wygląda jak trzeba...tło zmieniałam ze 4 razy, czcionki wybierałam 20 minut, ale się opłaciło...:)

Miało być o filmie, ale post jest w trakcie tworzenia.

Więc (nie zaczyna się zdania od więc:p) będzie o czymś innym, a mianowicie o zaskoczeniu.

Zaskoczenie - niespodzianka, szok, przyjemność, rozczarowanie, radość, smutek, wdzięczność, pomysł, zaangażowanie, wiedza, pomysł, wyobraźnia, idea.
Jak dla mnie wyrazy te mają ze sobą wiele wspólnego, nawet jeśli wzajemnie się wykluczają. Ale w przypadku zaskoczenia jest to wytłumaczalne i naturalne. Oczywiście jest jeszcze wiele innych.
Uczucie takie towarzyszy mi często, chociaż tak samo często wychodzę z założenia, że nic mnie już nie zaskoczy, bo tylu dziwnych sytuacji byłam już świadkiem, że przecież nie ma szans najmniejszych na kolejne zaskoczenie.
A tu proszę:)
O co chodzi? O sprawy codzienne, niecodzienne, uczelniane, rodzinne, towarzyskie, miłosne, o sprawy zupełnie dla mnie obojętne zwykle, ale w tym jednym przypadku pochłaniające całą moją uwagę, która potem odpłynie całkowicie.
Tak samo jak sprawy czy sytuacje mogą zaskakiwać ludzie. Skoro w poście panuje wyliczanka - nie porzucajmy tego stylu. Zaskakują rodzice, rodzeństwo, narzeczony, jego rodzina, przyjaciele, znajomi, dziadkowie, wykładowcy, kierowca busa, pasażerowie w tym busie, ksiądz w kościele, sprzedawca w sklepie, a nawet listonosz.
Mogłabym wymienić też zwierzątka. I filmy. I książki. I muzykę. U celebrytów to raczej normalne zjawisko, więc sobie odpuszczę..;)

Tak na dobrą sprawę wynika z tego fakt, że całe nasze życie, to jedno wielkie zaskoczenie.
I w sumie dobrze. Bo kto chciałby wiedzieć wszystko na temat swojej przyszłości? :)

czwartek, 21 lutego 2013

I co by tu...

Dzisiaj mam mieszane uczucia.

Cokolwiek to oznacza....:p

Zaczął się semestr letni, a razem z nim kolejny przedmiot " nie do zdania "...

I myślę: "Matko, przecież ja tego nie zdam. Tego jest tak dużo, to jest trudne, ta kobieta jest strasznie wymagająca, przecież trzeba mieć tyle punktów na samo zaliczenie, a gdzie tam do zwolnienia z egzaminu...ale tak bardzo bym chciała...."

5 minut później...

"Matko, ale ja jestem nienormalna! Przecież na drugim roku też miałam z nią zajęcia, punktów nazbierałam ile trzeba, a nawet byłam zwolniona, materiał ilościowo i jakościowo był podobny, trzeba się napracować, ale przecież da się to zrobić śpiewająco! "

Komentarz TŻta przy każdym lamencie przed egzaminem:
" I tak zdasz na 5 "

No...ale pogderać zawsze można...;) I to "zdanie na 5 " nie zawsze mu się sprawdza..:p

A w najbliższym poście będzie coś o filmie, który...hmmm...zobaczycie...;)

;*


poniedziałek, 18 lutego 2013

Les Miserables


Byłam, widziałam. Wrażenia niesamowite! 

Ale po kolei. TŻ stwierdził, że dawno nie byliśmy w kinie. Więc na co idziemy? Hmmm. Jestem ciekawa filmu “Niemożliwe”, ale boję się nadmiaru wrażeń:p Więc padło na “Les Miserables”. TŻ początkowo trochę nosem kręcił, bo nie przepada za tego rodzaju filmami, ale doszedł do wniosku, że spróbuje. I to był najlepszy wybór!

Po standardowej porcji reklam zaczął się film. Już pierwsze minuty, ba!- sekundy sprawiły, że zapomnieliśmy o całym świecie J

A jak usłyszałam głos Russela Crowe, to odleciałam...:p

Nie chcę zdradzać szczegółów fabuły, ponieważ na pewno są osoby, które tego filmu nie widziały, ale naprawdę gorąco polecam:)

Świetni aktorzy (H. Jackman, R. Crowe, A. Hathaway, A. Seyfried, H. Bonham Carter), cudowna muzyka, ciekawa fabuła - krótko mówiąc jestem zachwycona:)




:)

środa, 13 lutego 2013

Why?

Może się nasunąć pytanie:
Dlaczego krokusy?
Odpowiedzi jest w zasadzie kilka.
Są to piękne kwiaty:) Kojarzą mi się z wiosną i tym, że zaraz po wiośnie będzie lato. Są mi też bliskie też pod innym względem. Można je znaleźć także w górach, które uwielbiam. To z kolei prowadzi do faktu, że właśnie w górach TŻ poprosił mnie o rękę (tak...o ślubie i weselu też będzie trochę na blogu..:p). Właśnie w górach, wśród krokusów odbędzie się prawdopodobnie (oby się tak naprawdę stało...) nasza sesja narzeczeńska:) Wreszcie w góry pojedziemy na plener ślubny:)
Więc góry i krokusy są mi bliskie w niesamowitym stopniu:D

Pisząc o rzeczach poważniejszych. Nie lubię, gdy ludzie mnie rozczarowują. Czuję się wtedy taki jakiś wewnętrzny ból, że na kimś się zawiodłam, przestałam mu ufać i go szanować. Boli też strach. Bo czy ponownie temu komuś zaufam i będę go szanować? Dobre pytanie...


Początki są najtrudniejsze

Pomyślałam: a może założę bloga? I zanim to przemyślałam - bach! - blog założony.
A miałam przemyśleć:p

Czemu pomyślałam o założeniu bloga? Bo czasami czuję potrzebę napisania czegoś, a chciałabym, żeby ktoś to przeczytał, odniósł się do tego w jakiś sposób. 
Czy to będzie proste? Nie wiem, wyjdzie w praniu.
Czy posty będą regularnie się pojawiały? Tym bardziej nie wiem. Zależy od ilości czasu, natchnienia, chęci itd.;)
Co tutaj będzie? Mam nadzieję, że różnorodność zapanuje:) Od przemyśleń przez przepisy do recenzji książek, a pomiędzy tym cała reszta:)

Początki są najtrudniejsze, to fakt. Ale jak już się zacznie coś robić, to jakoś dalej to pójdzie.
Chciałabym, żebyście mnie w jakiś tam sposób poznali. Moją osobowość, charakter, upodobania.

I mam nadzieję, że nie będzie tu nudno.
Sama za siebie będę trzymać kciuki:D